Porządkując regał z książkami trafiłem na stare podręczniki do języka niemieckiego pamiętające jeszcze czasy Deutsche Demokratische Republik a w nich na czytankę o „Insel Rugen” czyli wyspie Rugia. Rugia jest największą niemiecką wyspą położoną tuż przy naszej granicy, rzut beretem od Szczecina.

Zacząłem się zastanawiać czy nie pojechać. Temat przedyskutowałem wpierw z Mózgiem, który rzekł „Stary to by miało sens jakbyś jechał na dłużej a ty chcesz na dwa dni ? Za daleko tylko się zmęczysz dojazdem”. Przyznaje Mózg miał trochę racji. Drugim bardziej istotnym partnerem dyskusji był Portfel. Jak mu powiedziałem o wyjeździe to się tylko roześmiał i powiedział „nie masz wolnej kasy, nigdzie nie pojedziesz”. Na szczęście w tym momencie do dyskusji włączyła się Karta : „bierz mnie jestem cała Twoja, a na razie płaci bank …”
Jadę.
1. Dzień pierwszy, sobota, dojazd na Rugię.
Właściwie nie ma o czym pisać, silnik odpalam przed domem 08:30 a na wyspę docieram ok. 19:00.
Cały dzień oram asfalt autostrad i s-coś tam, przy 3 kufrach i namiocie Osiołek pali jak smok. Pogoda jest piękna aczkolwiek rześka.
Z dojazdu mam tylko jedno zdjęcie już z wyspy, widok z przydrożnego parkingu, ale do tego zdjęcia jeszcze wrócimy.

Wyspa połączona jest z lądem długim mostem autostradowym, niestety nie zrobiłem zdjęć bo przy moście nie ma najmniejszej możliwości by się zatrzymać, jak już na niego wjechałem to nie pozostało nic tylko jechać i jechać. Ale jakby ktoś chciał poczytać :
https://pl.wikipedia.org/wiki/Strelasundquerung
Trasa dzień 1 :

1.1. Camping
Rugia turystyką stoi i jest sporo campingów, mnie się spodobał Camping Drewoldke położony w głębi wyspy przy samym morzu.
http://www.camping-auf-ruegen.de/

Dojeżdżam po 19, recepcja zamknięta, na szybie kartka z numerem telefonu. Dzwonię i dzwonię, w końcu pojawia się całkiem miły gościu, wpisuje mnie na listę i daję kartę do prysznicy. Jest dobrze.


Strategicznie rozbijam się przy sanitariatach :

Do plaży mam 50 metrów ale jak ktoś chce bliżej to można tak :

Plaża kempingowa :


Sanitariaty są czyste i dobrze zaopatrzone :

2. Dzień drugi, niedziela
Chociaż podobno jak mi ktoś pisał niezdrowy, dzień zaczynam tradycyjnie od pasztetu. To pasztet białostocki, ekologiczny i z górnej półki 🙂

Jeszcze tylko mały serwis łańcucha i w drogę :

Przed wyjazdem spotykam zaprzyjaźnionego Niemca, który informuje o silnym wietrze. Sprawdzam na Weather Pro i faktycznie dla Altenkirchen jest trójkącik ostrzeżenia o silnym wietrze.
Wieje na tyle mocno, że na otwartych przestrzeniach czasami strach jechać, rzuca Osiołkiem na lewo i prawo. Poza wiatrem pogoda jak dla mnie idealna.
Trasa z dzisiaj wygląda mniej więcej tak :

2.1 Przylądek Arkona
Jadę do Arkony a dokładniej to do Putgarten :

Na horyzoncie pojawia się latarnia, na razie mały punkcik :

Kap Arkona to nie Nordkapp ale warto pojechać. No i każdy ma taki przylądek na jaki zasługuje

Na sam przylądek pod latarnie nie można wjechać, moto zostawiłem na parkingu w miasteczku Putgarten. Parking dla moto jest free, na kamieniu co widać można sobie usiąść i zmienić buty :

Tłumu motocyklistów nie było :

Potem można albo z buta ok. 2 km albo kupić bilet na busik. W „te” jadę busikiem „wewte” wracam z buta.


Parę zdjęć z przylądka Arkona :







2.2. Wioska rybacka Vitt
Wprost z Arkony spod dużej latarni idę pieszo do położonej w pobliżu wioski rybackiej Vitt, nie jest daleko jeżeli buty zostały zmienione na wygodne na wzmiankowanym wyżej kamieniu.
Wioska jest niesamowicie klimatyczna, można zjeść świeżo wędzoną rybę.









Telefon do rozmów z samym sobą.

Nogi mnie już bolą czas wracać do Putgarten, po drodze jeszcze tylko mała kapliczka.


2.3 Putgarten
Tak na moje oko Putgarten żyje z turystów odwiedzających Arkone, restauracje, kawiarnie, sklepiki galerie, pamiątki itp. , piękny bruk ale i krowy na ulicy niestety.






Zrobiłem się głodny idę na kulinarny przebój Rugi czyli Fischbrotchen – po naszemu bułka z rybą, taki niemiecki fast food/fiszburger. Ino w przeciwieństwie do tego co serwuje Mc Srak produkt jest ze świeżej ryby i nie jest produkowany w fabryce.
Występuje na wiele sposobów, mnie najbardziej podchodzi z rybą w panierce na ciepło. Żywiłem się tylko fiszbrotami przez cały pobyt na Rugi.
Ta z Putgarten wyglądała niepozornie ale smakowała fantastycznie, bułka lekko chrupiąca, rybka świeżutka i ciepła ani jednej ości. Zdecydowanie polecam !

Kupiłem u tego gościa :

2.4 Dranske i Wiek
Z Putgarten lecę do Dranske, pogoda się zrobiła ponura, miasteczko ze swoimi blokowiskami nie robi na mnie dobrego wrażenia. Znajomy Niemiec powiedział mi potem, że ponoć warto (ale to już tylko pieszo) pójść na koniec półwyspu za Dranske. Twierdzi, że ponoć nie wolno tam wchodzić ale …
W supermarkecie Norma uzupełniam zapasy wody i lecę dalej.

Następne w kolei jest Wiek, wioska z portem jachtowym. W tej chwili kompletnie opustoszała, wyjątkowo nie widać nawet wszechobecnych niemieckich emerytów ale pogoda kiepska i wieję.
Sądząc po stolikach na promenadzie w sezonie wioska musi tętnic życiem. Tak przy okazji – wg zaprzyjaźnionych Niemców z kempingu mamy już jesień !




Pomimo złej pogody na wodzie toczy się życie.

Kończę samotne rozważania o przemijaniu czasu i zmienności pór roku, czas w ruszać w drogę do przeprawy promowej Wittower Fahre. Nadal wieje, na szczęście droga pusta i jak mną miota nie muszę uważać na puszki.
Wjeżdżam na prom, bilet w budce sprzedaje facet który wygląda jakby był żywcem przeniesiony z DDR-u, chwilę gaworzymy o tym i owym und dieses und jenes 🙂 Wjeżdżam na prom ślisko, trzeba uważać, przeprawiamy się na drugą stronę w mgnieniu oka.



Dupsko mi już trochę zmarzło, kieruję się powoli w stronę kempingu Drewoldke. Jadę przez Trent, Bergen, Lietzow.
Po drodze zahaczam wiejskie skróty i mały porcik Vorverk :




Dzień się skończył, jeszcze tylko piwo na kempingu i alulu. Spałem jak zdrowe niemowlę.
3. Dzień trzeci, poniedziałek
Budzę się be pośpiechu około ósmej. Poranna kawa z cukrem, potem śniadanie i herbata bez cukru a po śniadaniu kontemplacje nad mapą z kubkiem mięty. Taki rytuał na wyjazdach.
Poszedłem do kempingowego sklepiku po bułki a ponieważ miałem jeszcze jeden pasztet więc go zjadłem.

3.1. Dzisiejsza trasa wygląda z grubsza tak :

3.2. Park Narodowy Jasmund
Lecę do Parku Narodowego Jasmund, drogi puste :




Ląduje na parkingu przed parkiem a potem idę zasiąść na Królewskim Tronie.
https://pl.wikipedia.org/wiki/K%C3%B6nigsstuhl_(Rugia)


Droga prowadzi przez las :


Upociłem się ale w końcu dotarłem na górę, a na górze jest kilka budynków oraz taras widokowy z którego się paczy i podziwia :




Na moment straciłem głowę.

Zmęczony marszem posilam się, wiadomo czym :

3.3 Prora
Prora to kompleks budynków, które ciągną się na przestrzeni kilku km. Zbudowane jeszcze przed drugą wojną światową jako gigantyczny nazistowski ośrodek wypoczynkowy. Z tego co widzę cześć budynków została odrestaurowana i zaadaptowana na różne potrzeby, np. zamknięte osiedle dla bogaczy. Zaprzyjaźniony Niemiec z kempingu powiedział, że ceny metra kwadratowego mieszkań w Prorze były kosmicznie wysokie. No ale masz widok na morze jak na wakacjach.
Ale jest tam ponoć też jakieś muzeum, widziałem dom opisany jako „dla młodzieży”, jednym słowem dużo tam się dzieje.
Cześć budynków nadal z wybitymi oknami czuć jeszcze tamte mroczne czasy aż ciary po plecach przechodzą.
Swoją drogą mieli skubańcy rozmach.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Prora





I coś takiego tam znalazłem :

3.4 Kurorty Binz i Sellin
Z Prory jadę na południe do Binz.
Ostseebad Binz to kurort mocno luksusowy, przepych, piękno ale i blichtr. Sellin jest dużo skromniejszy. W Binz jest molo, ponoć najdłuższe w Niemczech prawie 400 metrów oraz okazałe eleganckie wille i pałacyki z charakterystycznymi balkonami z rzeźbionego drewna oraz bogato zdobionymi fasadami, większość to obecnie pensjonaty.
Okolice mola są potwornie zatłoczone, znalezienie miejsca nawet dla motocykla graniczy z cudem, parkujemy tylko z bilecikiem 🙂











3.5 Klein Zicker
Na deser zostawiam sobie Thiessow oraz Klein Zicker – malutki półwysep na południowo-zachodnim krańcu wyspy. Raptem dwie ulice ma krzyż ale miejsce jak dla mnie magiczne pełne ciszy i spokoju.



No i muszę już wracać na kemping, robi się późno. Po drodze jeszcze tylko jakiś mały porcik :


Pierwsze zdjęcie które zamieściłem w tej relacji pochodzi z małego parkingu na jaki trafiłem zupełnie przypadkowo gdy wjeżdżałem na wyspę. Byłem wtedy na nim sam. Wracając na kemping trafiłem znów na ten parking zupełnie przypadkowo bez żadnych wcześniejszych intencji by go odwiedzić. Tym razem było na nim sporo ludzi okazało się, że jest to lokalny punkt widokowy z którego Niemcy fotografują zachód słońca. Moja wizyta na Rugi zaczęła się i zakończyła w tym samym miejscu, nie wiem czy to przypadek, że tam trafiłem czy jednak ktoś kieruje moim losem.

4. Dzień czwarty, powrót
Ogólnie masakra, deszcz, wiatr, temperatura momentami 10 stopni. Buty przemokły, rękawiczki zafarbowały ręce na niebiesko (no chyba, że mam niebieską krew). W pewnym momencie przypomniałem sobie rozwiązania które gdzieś w sieci widziałem. Na dłonie założyłem cienkie gumowe rękawiczki które z sobą wożę a na to rękawiczki moto. Było ciut lepiej.
Wracając spotkałem tylko jednego motocyklistę z kuframi, który kierował się nad morze. Jak mnie zobaczył to chyba bardzo się ucieszył bo podniósł w pozdrowieniu rękę prawie do nieba.
Ja też Cię stary pozdrawiam.
Wyjechałem ok. 09:30 w Katowicach byłem po 21, Biedronka była jeszcze czynna więc coś tam sobie na rozgrzanie kupiłem.

Zostaw odpowiedź