3 dni Podlasia które zdarzyły się w sierpniu 2020

Donkey looking through open blue wooden window with potted plants on windowsill

Slow moto – 3 dni Podlasia

Postanowiłem odwiedzić Podlasie. Ze wstydem przyznaje że nigdy tam nie byłem i jest jeszcze wiele miejsc w Polsce stanowiących dla mnie terra incognita. Na ten rok plany wyjazdowe miałem inne ale pseudo pandemia i związane z nią zniewolenie społeczeństw skutecznie je pokrzyżowały. Jadę więc na Podlasie dopóki jest lato i jeszcze wolno podróżować. Podlasie to miejsce które staje się popularne nie tylko wśród polskich motocyklistów i turystów co zostanie pokazane w poniższej opowieści. No ale po kolei.

Plan mam krótki i prosty – spędzić 3 pełne dni na Podlasiu bez żadnej napinki na połkniętą ilość km czy zaliczonych miejsc, co się uda zobaczyć to zobaczę a resztę kolejnym razem.

1. Dzień pierwszy

Zazwyczaj jest tak, że miejsca do zobaczenia są daleko od domu. Tak jest i w przypadku Podlasia, dzień pierwszy to po prostu dojazd. Wyruszam około jedenastej. Wg gógla najszybciej będzie tzw. autostradą bursztynową. Wskakuję na A1 w okolicach Piekar Śląskich, pierwszy odcinek to porażka, powierzchnia drogi jest pofałdowana jak morze, osiołek wierzga jak na rodeo. Ten kto budował nie wiedział co czyni. Potem jest lepiej ale katastrofa zaczyna się mniej więcej pomiędzy Radomskiem a Piotrkowem Trybunalskim „autobana” jest „under construction” zazwyczaj jeden pas w moim kierunku, dwa w przeciwnym. Do tego zatrzymujące ruch ronda z dużych plastików przypominających zwynaturzone klocki lego. Jadę bardzo wolno w korku lub stoję, nie ma się jak zatrzymać. Słońce świeci, dzień jest upalny no i sikać się chce. Karetka pogotowia w tych warunkach nie ma szans na dojazd do ewentualnego wypadku.

Przy jednym z plastikowych rond zbaczam na chwilę na stację Orlenu gdzie Kubica usiłuje mi sprzedać hot doga. Lubię gościa ale trochę szkoda, że zamiast się ścigać sprzedaje fast food. Nie tym razem, przy dzisiejszej temperaturze nie kupię. Przy okazji. Ponoć Napoleon zanim kogoś awansował na oficera pytał „czy on ma szczęście ?” Myślę, że Kubica jako zawodnik go nie ma ale przynajmniej kasa się zgadza.

Na bazę wypadową wybieram Tykocin. Początkowo myślałem o polecanej na forum motocyklowym miejscówce w Supraślu ale cena 110 a po negocjacjach 90 zyla za dobę była dla mnie nie do zaakceptowania. Pani prowadzącej ten biznes z którą rozmawiałem chyba odbiło co do ceny. Prognoza zapowiada południowe gorące okno pogodowe więc duszenie się w pokoju uznaję za nierozsądne. Wybieram namiot i agroturystykę rzut beretem od centrum Tykocina, miejsce położone po przeciwnej stronie ulicy od wioski bocianiej jakieś 2 km do Kiermus.

To jest bardzo dobry wybór, polecam wszystkim którzy lubią wioski, ciszę, spokój i uważają, że jeżdżą motocyklem moto adventure :D Namiot rozbijam tuż obok „prysznicy naturalnych” gdzie wodę w beczkach nagrzewa słońce. Rano jest wybór temperatury wody pomiędzy rześką lub bardzo rześką. Za to wieczorem jak słońce nagrzewa beczki temperatura wody jest idealna.


Jest również domek z toaletą dla mięczaków gdzie wodę nagrzewa elektryczny grzejnik a tuż obok toi toi ale podłączone do kanalizacji czyli standardowa muszla klozetowa a nie kupy spadające z pluskiem do dołu fekali.

Dostępna jest lodówka i czajniki.

Gdyby ktoś nie był na motocyklu adventure ;) tylko na np. turystycznym czy innym czoperze to jest kilka domków do wynajęcia tak że można też tu przyjechać bez namiotu.

Wieczorem przyjeżdżają 2 niemieckie kampery. Spotykam się z Johannesem, Christin i Hansem oraz podróżującym na rowerze chłopakiem z Polski, który w jakiś nieznany mi sposób wszedł w posiadanie butelki lokalnego specjału bez banderoli. Wieczór pomimo dzielącej nas historii upływa w miłej i przyjaznej atmosferze.

Miejsce z czystym sumieniem polecam.

2. Dzień drugi


Plan na dzień dzisiejszy jest prosty – pielgrzymka do Studzienicznej a po drodze zobaczyć co się da. Dzień zaczynam od śniadania które zamówiłem u gospodarzy.

Po śniadaniu lecę najpierw pod pomnik kapitana Raginisa.

A potem wiochami w stronę Carskiej Drogi, krajobrazy są sielskie i anielskie.

Z tablicy odczytuję co mi grozi :shock:

Droga jest piękna i zacieniona na dziś jak znalazł. Niestety żadnego łosia nie spotkałem i z tymi z którymi gadałem to nikt nie spotkał, tak się więc zastanawiam czy te łosie to nie jest wymysł marketingowy mieszkańców Podlasia w celu zwabienia turystów ;)

Przy drodze jest wieża widokowa ale w temperaturze jaka panuje nie znajduje w sobie motywacji by na nią wleźć.

Jadę dalej w stronę Studzienicznej podziwiając krajobrazy i krówki.

Dojeżdżam do Studzienicznej i mam szczęście bo jest stosunkowo pusto. Niestety po jakiejś pół godzinie pojawia się wycieczka dziatwy w wieku szkolnym zarządzanych przez zasuszoną nikotyną nauczycielkę, która nawet przed Sanktuarium ćmi faje. Dzieciaki biegają drąc japy bez opamiętania, wylewają zawartość swych butelek by napełnić je świętą wodą. W takich momentach podzielam powiedzenie jednego ze znajomych „Lubię dzieci ale z rożna”. Za trzcinami widzę nadpływający stateczek z którego za chwilę wyleję się hałaśliwa gromada upoconych turystów, czas w dalszą drogę.

Koła niosą mnie teraz do Korycina miasta sera i truskawek z pomnikiem truskawki.

Mnie Korycin bardziej będzie się kojarzyć ze stadem czarnych ptaków, atmosfera jak u Hitchcocka Alfreda. Próbowałem znaleźć ławeczkę by trochę posiedzieć i pokontemplować to skądinąd sympatyczne miasteczko, niestety wszystkie były obsrane przez czarne ptaszyska, nijak dupę posadzić.

Korycin zadziwił mnie swoją pustką, oprócz dwójki bawiących się dzieciaków nie spotkałem nikogo tak jakby wszyscy mieszkańcy zostali porwani przez czarne ptaki.

Powoli wracam na moją wioskę po drodze zaglądam do Kalinówki Kościelnej. Stoi tam zabytkowy lamus podcieniowy z 1774 roku, cud że przetrwał. Staroć pasująca do mnie, faktura drewna i świadomość jak dawno został zbudowany przysparza o dreszcze.

Na deser zostaje już tylko zamek w Tykocinie, piękne miejsce.

3. Dzień trzeci

Zaczyna się tradycyjnie śniadaniem o 0900 po którym rozmyślania gdzie by tu dzisiaj …

Decyzja zapada, zaczynam od tzw. Krainy Otwartych Okiennic czyli wiosek Soce, Puchły, Trześcianki, Ciełuszki. Lecę pokręcić się w te okolice, popodziwiać budynki o charakterystycznych dekoracjach zewnętrznych, krzyże wotywne, cerkwie no i poczuć klimat.

Kraina jest sielankowa ale największe wrażenie robi na mnie staruszka siedząca przed domem wprost na schodku przy furtce. Siedzi w palącym słońcu w chustce na głowie i wygląda jakby czekała na coś co zmieni jej życie ze świadomością że jedyne co nadejdzie to śmierć. Pomimo tego babcia wydaje się być zadowolona z życia i uśmiecha się do mnie.


Niebieska cerkiew Puchły.

Momentami nie mogę się zdecydować w lewo czy w prawo :roll:

Zielona cerkiew Św. Michała Archanioła w Trześciance.

Czas odwiedzić Skit w Odrynkach.

Wjazd na szutrową dróżkę prowadząca do skitu.

Coś się w oddali wyłania.

Dojeżdżam pod bramę pustelni.

Wewnątrz spotykam dość wylewnego mnicha. Pytam ilu ich tu mieszka, mówi że na stałe trzech.

Jeżeli ktoś ma ochotę zamiast podjechać na parking to można również dojść z wioski dróżką jak niżej.

Trochę się tam zasiedziałem sam skit to skit ale jest położony w tak pięknych okolicznościach przyrody że można się zachwycić i jak ktoś lubi to pomedytować.


No ale czas jechać dalej na Kruszyniany zobaczyć cmentarz muzułmański i meczet.

Pod meczetem zaczepiają mnie dwie przemiłe panie i proponują zrobienie zdjęcia, pozuję najlepiej jak potrafię.

Podjeżdżam jeszcze w takie miejsce co to można dobrze zjeść, kolejka do wejścia, ludzie w maskach, obok odpustowe stragany z tym i owym. Pewnie żarcie dobre ale mnie to miejsce nie kupuje, wali komerchą jak pola Podlasia nawozem.

Pada bateria w moim srajfonie więc chwilowo zdjęć nie będzie, zaliczam Krynki po których trochę się kręce na moto, przystaję przy rondzie z miejscowymi dżentelmenami i wracam do agroturystyki.

W agro jest wyjątkowo pusto i spokojnie, wydaje się jakby w ten wieczór nic już nie miało się zdarzyć lecz rzeczywistość potrafi zaskoczyć o czym za chwilę. Przygotowuję skromną kolację z winem choć bez świec.

Degustuję nieśpiesznie wdychając świeże powietrze i ciszę Podlasia, którą przerywa dźwięk wjeżdżającego do agroturystyki kateema. Chwilę później gospodarz przyprowadza gościa i pokazuje mu miejsce tuż obok mnie, na namiot. Mówię cześć, facet odpowiada po angielsku. Pytam „Where are you from ? I’m from Australia”. Trochę zaskoczony :o poznaję Matta na KTM 790.

Jakieś pół godziny później na pole namiotowe wjeżdża Michał z Polska na KTM 690, rozbija się koło nas i w ten oto sposób dwa KTM-y i jeden V Strom rozpoczynają wspólny wieczór.
Matt to ciekawy człowiek, ma żonę Polkę i na co dzień organizuje wyprawy motocyklowe w Nepalu, niestety zniewolenie spowodowane pseudo pandemią i ludzkim strachem przed corona virusem spowodowało, że w tym sezonie nie ma klientów i postanowił spędzić lato w Polsce.

Matt
https://www.youtube.com/embed/v4V157wxB_M
I zajawka tego co oferuje jego firma, jeżdżą w Nepalu na Royal Enfieldach, bardzo dobrze zrobiony filmik wg mnie wart łobejrzenia
https://player.vimeo.com/video/296176434
Resztę znajdziecie na stronie Matta :
https://www.heartsandtears.com/





4. Dzień czwarty

Nie będzie chyba zaskoczeniem, że mój kolejny dzień rozpoczyna śniadanie o godzinie dziewiątej ;)

Żegnam się z Mattem który w planach ma polecieć ogólnie tetem na południe zahaczając o ciekawe miejsca po drodze.

Poranek wstaje potwornie gorący, nie chce mi się dzisiaj dużo jeździć do dwunastej medytuje w cieniu pod daszkiem co by tu dziś odwiedzić. Leżące nieopodal Kiermusy ze swoimi atrakcjami wydają się być dobrym rozwiązaniem. Jadę.

Zaczynam od zagrody żubrów. Już wkrótce po wejściu napotykam na pierwszego osobnika, który wydaje się być najzdrowszy z całego stada ;)

Reszta leży osowiale w piachu wykazując tylko minimalne zainteresowanie życiem. Jakby miały wszystko w d..pie.

Najciekawszym w całych Kiermusach znajduję zamek czy też jak kto woli kasztel do którego prowadzi szutrowa droga. Z szacunku dla dróg szutrowych i nieznajomości tematu w te jadę powolutku i bezpiecznie. Wszystko idzie super więc wewte na ostatniej prostej do drogi odkręcam manetkę i o mało co nie zaliczam gleby na trochę mocniej piaszczystym odcinku.

Zamek wydaje się być mały ale ekspozycja robi na mnie wrażenie, jest wiele komnat do zwiedzania, polecam pomimo konieczności poniesienia kosztu w wysokości 10 zyla. To miejsce trzeba zobaczyć.

Pozostałą część dnia dedykuję Tykocinowi, zamierzałem tam coś zjeść niestety przed knajpkami stoją kolejki plus wymóg maseczek co mnie odrzuca i odbiera apetyt.

Na straganie kupuje pęto przepysznej swojskiej kiełbasy. Konsumuje na ławeczce i temat obiadu uważam za zamknięty.

Na deser dopycham lodami sprzedawanymi przy rynku, świderki o konsystencji mocno wodnistej, polecić nie mogę. Co do Tykocina, ponieważ mam tu blisko jestem kolejny raz na ryneczku i muszę powiedzieć, że w weekend ruch tu prawie jak na Krupówkach, za plecami przejeżdża auto za autem.
Lepiej chyba wizytować to urocze miasteczko w tygodniu.

Zawsze mnie fascynowało jak różne ludzie mogą mieć zainteresowania i pasje.

Także jakby ktoś podejrzewał, że ma coś z czołgu albo rogi to dzwońcie ..
Of course co do rogów to żartowałem. Wiadomo, że żaden facet ich nie posiada a jak posiada to zazwyczaj nie wie że posiada więc to tak jakby nie posiadał.


Wracając na kemping podjeżdżam jeszcze pod Europejką Wieś Bocianią.

W ten sposób kończę moje zwiedzanie Podlasia, jutro powrót do domu, east or west home is best.





5. Dzień piąty


Dziś wracam do domu. Start zaplanowałem na godzinę 12 w samo południe, jak w westernie pod tym samym tytułem.
Zjadam ostatnie tu śniadanie, swojską kiełbasą którą robi gospodarz z własnego mięsa dzielę się z kotką.

Pozostaje tylko pożegnać się z najlepszym przyjacielem, stary będę za tobą tęsknił.

Odpalam silnik w samo południe, czeka mnie kilka godzin wypłaszczania opon, w Katowicach jestem ok. 1830. Podczas drogi nic się wyjątkowego nie wydarzyło poza tym że odwiedziłem jedną ze stacji Orlen, która chyba bierze przykład z opisanej przeze mnie w innym wątku stacji Moya. Otrzymałem kupon na toaletę co mnie nawet ubawiło. Wejście do toalety w nierdzewce, zabarykadowane jak Alcatraz czy inne Sing Sing, dla osób nie tankujących na stacji opłata 2 zyla. Widocznie Orlen zbiera pieniądze na pensję dla Obajtka.
Sikając czuję się jak w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Myślałem, że czasy płatnych toalet na stacjach benzynowych są już przeszłością.

W tym momencie opowiadanie mojej historii powinno się zakończyć. Na szczęście życie nie przestaje zaskakiwać i potwierdza się prawda zawarta w starym polskim przysłowiu „Nie chwal dnia przed zachodem słońca”.
Podjechawszy pod dom upocony byłem jak szczur po saunie, marzeniem było by jak najszybciej zrzucić moto ciuchy. Zostawiłem osiołka przed garażem i poszedłem do domu się rozebrać i pogadać z córką. Po jakimś czasie na dworze zaczęło podać, wskoczyłem więc szybko w spodnie typu „dresik”, t-shirta i sznurowane „adidaski”. Woda z nieba zaczynała coraz mocniej lecieć więc szybko wjechałem do znajdującego się w piwnicy domu garażu. Po zatrzymaniu motocykla chciałem zdjąć stopy z podnóżków, niestety pierdzielona pętelka sznurówki (w skrócie PPSZ) stopy lewej zaczepiła się o ząbki moich super hiper chińskich enduro podnóżków i nie byłem w stanie postawić stopy na podłodze garażu. Próbując uwolnić stopę szarpnąłem co pogorszyło sytuację. Motocykl najpierw przechylił się w lewo a potem położył na lewą stronę, na szczęście nie do końca i nie na płasko. Ponieważ zawsze wjeżdżam blisko lewej ściany garażu by potem łatwiej obrócić przednim kołem w stronę wyjścia motocykl oparł się na lewym barkbusterze i lewym lusterku. Mój lewy łokieć i plecy zaparte były o ścianę garażu. Lewa stopa bez skarpetki i w „adidasku” została przygnieciona przez motocykl. Próbowałem ją wyciągnąć ale jakaś metalowa cześć motocykla wbijała się w moją gołą, nawet bez skarpetki stopę obutą w „adidaska”. Próby podniesienia motocykla spełzły na niczym bo motocykl zamiast się podnosić, ślizgał się na oponach kładąc się coraz bardziej na płasko i mocniej dociskał moja stopę.

Gdyby to wydarzyło się na odludziu to pewnie żeby się uwolnić musiałbym odgryźć sobie stopę. Na szczęście przypomniałem sobie, że córka jest w domu i zacząłem wołać o pomoc. Na początku nie słyszała. Potem usłyszała, ale ponieważ często robię jej różne psikusy powiedziała „Tato, znów sobie jaja ze mnie robisz, nie zejdę”. Zacząłem się drzeć wniebogłosy i w końcu zeszła. Jak mnie zobaczyła to zaczęła się śmiać bo w sumie sytuacja była trochę komiczna, dorosły facet zaparty plecami i łokciem o ścianę garażu, z prawą nogą w powietrzu i lewą stopą pod motocyklem pozbawiony możliwości ruchu jak żuczek przewrócony na plecy. Żeby uświadomić córce powagę sytuacji trochę skłamałem, że mam zmiażdżoną stopę i połamane kości. Taki żart sytuacyjny :mrgreen: . Wpadła w panikę, powiedziałem, że musi szybko pobiec po sąsiada po pomoc. Przedtem podstawiliśmy taboret pod lewego gmola żeby moto więcej na mnie nie opadało. Sąsiad na szczęście był w domu i patrząc na spanikowaną twarz mojego okłamanego dziecka szybko przybiegł i razem uwolnili moją lewą stopę.

Straty własne wydawały się być niewielkie, ponownie obdarte lewe lusterko i lewy barkbuster.
U mnie zdarta do krwi skóra na łokciu i początkowo tylko dwa obtarcia skóry na stopie, niestety po nocy stopa spuchła w okolicach kostki i jej obciążanie stało się bolesne.
To pokazuje skalę mojej głupoty i jak ważny jest ATGATT (*). Gdybym wstawił motocykl do garażu zaraz po przyjeździe jeszcze w motocyklowych ciuchach i butach to nic by się nie wydarzyło bo w moto butach nie mam pierdzielonej pętelki sznurówki (w skrócie PPSZ). Nawet gdybym zaliczył paciaka w tej konkretnej sytuacji to ochraniacz łokcia który mam w kurtce zabezpieczył by mnie przed otarciami, a mój wysoki but motocyklowy najprawdopodobniej pozwolił wyszarpać stopę spod motocykla i ograniczyć urazy.
Od dziś schodząc do garażu nawet tylko by popatrzeć na motocykl to full ATGATT. Takie mam postanowienie.

I to by było na tyle.

(*) Czym jest ATGATT? Skrót używany w teorii i praktyce jazdy motocyklem, aby przypomnieć motocyklistom o konieczności noszenia stroju ochronnego All The Gear All The Time.

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Old Donkey blog

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej