Jadę do Danii która lubię a którą w ciągu swojego długiego życia zaledwie liznąłem. Wycieczka ma charakter turystyczno-fitnessowy tzn. dojadę do Grenen, zrobię tam szpagat, zanurzę lewą stopę w Skagerrak a prawą w Kattegat, potem mam nadzieję szczęśliwie powrócić do kraju. Przez Flensburg w Niemcach a potem drogą zachodnią do Skagen.
Powrót z Jutlandii mostami na Fionię i Zelandię a następnie promem na „stary kontynent” znów do Niemiec.
Droga zachodnia czyli Vestkysten opisana przez Duńczyków została w sposób następujący :
„Droga Vestkystvejen łączy całe zachodnie wybrzeże i prowadzi przez piękne nadmorskie miasta, otwarte przestrzenie i wyjątkowe atrakcje. Vestkystvejen prowadzi na duńskie pustkowia.
Tutaj niebo jest szerokie. Morze, przestrzeń i wiatr łączą nas z naturą. Tutaj można podziwiać otwartą przestrzeń i wziąć głęboki oddech słonym powietrzem, aby poczuć i posmakować wolności.”
A biegnie tak :

No to „lecim na Szczecin”, na granicy tylko skinąłem głową pogranicznikom – jechać ? Machnęli na mnie ręką – jechać.
Wkraczając do Niemiec czuję niemiecki ład i porządek, tu nawet trawa prosto rośnie a pola na których coś rosło zostały równo skoszone i wyglądają jak głowa ryżego obciętego na jeża wprost po wyjściu od fryzjera.
Niemieckie niebo się chyba rozgniewało że się nabijam, zaczyna lać a pod samym Flensburgiem pojawia się ciemna chmura z której Stukasy przez moment bombardują mini gradem bębniącym o skorupę kasku. Na szczęście trwa to tylko moment i sytuacja wraca do normalności czyli pada równo, spokojnie, regularnie, po niemiecku, bo tu nawet w pogodzie ordnung muss sein.
Czas poszukać noclegu, odpalam park4night który wskazuje pobliski camping Krusa.


W recepcji wita mnie bardzo miła Pani której tłumaczę, że co prawda mam namiot ale jakby miała coś pod dachem to nie pogardzę. Pani wyjmuje prospekt i pokazuje mały domek tylko dla mnie i informuje o cenie. Mówię że jednak rozbije ten namiot no chyba że ma coś taniej, bo wygód nie potrzebuję tylko dach nad głową by się przydał. Pani marszczy czoło, zsuwa lekko okulary na nos i patrząc mi głęboko w oczy mówi, że w tej sytuacji może mi glamping zaproponować.
Poczułem się trochę niepewnie bo pomyślałem głupi że ona proponuje byśmy zrobili coś co jak zrobimy to potem mogę tego żałować. Pani to natychmiast wyczuła i pokazała zdjęcie które wyjaśniło sytuację. Okazało się że wolny jest Glamp 22, który wygląda tak :

Wewnątrz podwójne łóżko i kupa lampek ale żadna nie działa, idę do recepcji tym bardziej że Pani pizze mi obiecała. Jest tym razem Pan który wręcza mi działającą już lampkę wraz z pilotem i instruuje że jakbym sobie chciał kogoś do towarzystwa przyprowadzić to tym pilotem se na czerwono lampkę mogę zaświecić. Zjadam pizze, wracam i zasypiam w Glampie dwudziestym drugim pod 2 kołdrami marki Jysk.

Budzę się kolo 6-tej, niebo kapie ale się przeciera, camping śpi jeszcze za wyjątkiem właścicieli czworonogów którzy są wyprowadzani na pierwszy spacer przez swoich milusińskich.

Czekając na słońce kawa. Nie wożę już kuchenek, garnczków i gazu bo to miejsce zajmuje a czajnik na kampie zawsze się znajdzie a jak nie to ludzie kubkiem wrzątku zawsze poratują bo bez kawy z rana ani rusz.

Pogoda się poprawiła czas pakować bajzel i w drogę.

Drogi puste jakby wszyscy wymarli.



Pierwszy cel to wyspa Romo, lecę przez Tonder i Hojer, wszędzie świetnie utrzymane ścieżki dla rowerzystów, których jest tu od zatrzęsienia, mają pierwszeństwo na drodze czego mają świadomość więc trzeba na nich dość mocno uważać.






Parę zdjęć z drogi do Romo.



Po lewej ręce mam Morze Wattowe i wyspę Romo.
Morze Wattowe to część Morza Północnego, pomiędzy Holandią (Waddenzee), Niemcami (Wattenmeer) oraz Danią (Vadehavet), obejmuje 450 km odcinek wybrzeża od wyspy Fanø w Danii do wyspy Texel w Holandii.
To Wattowe jest szerokim nawet na 30 km, płytkim akwenem, stworzonym przez watty, czyli równiny, odsłaniające się podczas odpływów morza.
Na samą wyspę Romo wjeżdża się po grobli ok. 9 km asfaltowej pięknej drogi i jak nie wieje to pięknie się przez groble przejeżdża a jak wieje to sami wiecie. A wieje cały czas.
Romo ma parę atrakcji do obejrzenia.
Jakieś muzeum w sumie nie wiem czego bo mnie to nie bardzo ciekawiło.

Szkoła w Toftum dla dzieci z 1784 roku, izdebka niziutka chyba dla liliputkóf 🙂



I ogólnie sielsko i anielsko krówki i koniki.
Ale też teren gdzie wojska nato ćwiczą strzelanie, strzelnica ino taka duża.



No i jakby komuś brakło to kartofle albo truskawki sobie może kupić.

Jedną z głównych atrakcji Romo jest plaża Sonderstrand.
Duża tak, że końca nie widać, ponoć 3 km szerokości przy odpływie, po plaży można poruszać się samochodem bo ona ta plaża samochodowa jest do 30 km/h.






Zgłodniałem więc poleciałem do portu Havneby na hot dogi, ten ze zdjęcia ma już dwustronnie obgryzioną kiełbaskę, bo normalnie to ta kiełbaska wystaje na lewo i prawo.

A teraz na wyspę Mando gdzie niestety poniosłem srogą porażkę choć na szczęście dobrze się skończyło i nic mi się nie stało.
No bo co to właściwie jest ta Mando ?
W sumie niewiele, maleńka wysepka w archipelagu wysp fryzyjskich z populacja kilkudziesięciu osób i milionami srających ptaków.
Cała atrakcja tej wyspy to grobla po której się dojeżdża bo rzeczona grobla w czasie przypływu zalewana jest wodą i raz jest na powierzchni a raz nie.
Na wyspę można dojechać Mandobusem który ciągniony jest przez traktor albo własnym samochodem jak się kto nie boi.


Podjechałem i się patrze na groble, ze dwa auta jadą z ustawową prędkością 25 km/h kiwając się wolno z opony na oponę, droga jest wysypana okrągłymi kamieniami, trochę się waham ale pada decyzja jadę.
Szło mi świetnie do pierwszego zakrętu grobli bo kamienie były suche i grunt twardy, na zakręcie widzę stoją 2 samochody, myślałem że się któryś zepsuł no ale panowie tylko sobie pogawędkę ucięli i widoki podziwiali.
Jadę dalej kamienie robią się mokre a potem pojawiają się kałuże i robi się grząsko dodaje gazu kierownica mi tańczy przez kilkadziesiąt metrów, koła grzęzną, dodawania gazu nic nie daje aż w końcu wyleciałem na pobocze z takich większych kamieni i o mało co się nie wypierdzieliłem. Silnik zgasł no i ja mocno przygasłem bo zdałem sobie sprawę że nie dojadę i że to ostatnie ostrzeżenie od Pana Boga. Zapada decyzja – zawracam. Wiśta wio łatwo powiedzieć „zawracam” ale w tym miejscu gdzie jestem na grobli te kamienie są prawie całe w wodzie i koła grzęzną. No ale się udało, jeszcze tylko przejechać ten mokry kawałek i jestem bezpieczny.
Jak zjechałem z grobli to był taki moment w którym prawdziwy mężczyzna wyciąga i zapala papierosa, no ale ja już nie palę a i moja męskość też była mocno nadwyrężona. W zamian udzieliłem kilku cennych rad Czechowi który właśnie podjechał z dziewczyną swoją Skodą i pyta jak tam na szlaku. Jak odjeżdżałem to drapał się po głowie i patrzył na groblę, nie wiem czy w końcu zdecydował się jechać.



Dania to nie tylko Mando więc w drogę, mijam jakiś kościół a przede mną prawdziwa perła – miasteczko Ribe.
Ponoć najstarsze miasto Wikingów, niesamowicie klimatyczne brukowane uliczki i kolorowe domy do tego potężna katedra. Naprawdę warto a nawet trzeba tam zajechać.













Dla miłośników chmielo-napoju – Stenbohus – drugi najstarszy pub w Danii.


Jest jeszcze wiele innych miejsc do pokazania ale ja wracam na ławeczkę campingu poszukać.

Hokus pokus i abrakadabra, jestem na campie Enderupskov.




Dobranoc.

********************************************************
Dzisiaj do miasta Esbjerg bo umówiłem się tam ze znajomymi, to wesoła czwórka, w brydża zwykle grają na plaży.
Ale najpierw droga.

Podjeżdżam do plaży, jest ich tylko 3, jeden mnie wystawił.

No dobra wyjaśniło się. Jest cała czwórka na szczęście, bo ja w brydża nie gram.


Chwile pogadałem i w drogę bo dziś muszę zebrać pieczątki na sprawność Latarnika.
Latarnia Blavandshuk Fyr.





Można tam stanąć na takim specjalnym kamieniu na którym napisano że „stoisz w najbardziej wysuniętym na północ punkcie morza wadden i najbardziej wysuniętym na zachód punkcie Danii”. No to stanąłem.

A potem znowu ta droga, w sumie podróże byłyby fajne gdyby nie ta droga.


Latarnia Lyngvik Fyr.




Koniec na dziś, Ringkobing Camping.



Aha, zapomniałem że po drodze 2 hot dogi zjadłem ten z czerwona kiełbaska bardziej mi smakował.



********************************************************
Droga.

A po drodze miasteczko Thorsminde.





Latarnia Bovbjerg i kliffy.








I zaś ta droga, nic ino droga.


Wjeżdżam na teren parku narodowego THY, jeden z chyba 6 duńskich parków, jest morze, są plaże, wydmy wrzosowiska i czysta nieskażona przyroda, było tak pięknie że jak jechałem nie chciało mi się zatrzymywać by robić zdjęcia, tylko kontemplacja bo czasami wystarczy a nawet trzeba tylko być tu i teraz.
To jedno zrobiłem bo musiałem na chwile w krzaki, na zdjęciu być może tego nie widać ale jak sikałem podglądała mnie mała jasnobrązowa sarenka. Idź do mamy mała.

Zaglądam do Nationalpark Thy, visitor centre.


A potem do Norre Vorupor iddyllicznej rybackiej mieściny gdzie postanawiam zjeść.
Dostaję wibrator i oczekuję.

Ichniejsza potrawa z wołowiny jakaś duńska specjalność o nazwie trudnej do zapamiętania.

Małe zwiedzanie okolicy.



Nocleg dziś na campingu molochu ale nie chce mi się daleko szukać no i pranie muszę zrobić.


Się suszy. Znalazłem w widocznej wiacie baniak który stawiam koło namiotu jak boje wytyczającą tor wodny bo współczesna luckość zapatrzona w srajfony przewraca się notorycznie na moich linkach od namiotu.


********************************************************
Dzień kolejny niczym się nie różni od poprzedniego tzn. wieje bo zapomniałem napisać że tu na Jutlandii wieje cały czas, nawet jak nie wieje to też wieje.
Ale nie mogę narzekać pogoda mi się trafiła wyśmienita, czytałem ze w Danii ciągle pada ale te deszcze to są deszcze efemerydy, trwają kilka minut i kończą się tak szybko jak właśnie otwarta butelka.

Mam już zaliczone 3 latarnie morskie na sprawność latarnika ale żeby świadectwo było z czerwonym paskiem zaliczam kolejną – w Hanstholm.



Celem głównym dzisiejszej wycieczki są bunkry w Vigso, dojechałem, byłem. W sumie to tylko kupa pokrytego graffiti, zbrojonego betonu taplającego się w słonej wodzie.




Ale ciesze się że tu jestem bo wyjaśnienie znajdujące się w toalecie jak odróżnić kibel od kosza na śmieci ubawiło mnie jak mało co podczas tej wycieczki.

„Co to jest Toaleta.
Gatunek toaleta jest częścią delikatnego systemu odpadów, który jest głównie używany do usuwania odpadów cielesnych ludzi: kału, moczu i wymiocin.
Toalety bywają często mylone z koszami na śmieci, ponieważ wykonują podobne zadanie dla ludzkości.
Są dwie zasady pozwalające rozróżnić toaletę od kosza na śmieci :
1. spójrz na konstrukcję, jeśli ma kształt lejka z gładkimi krawędziami, jest to toaleta, a nie kosz na śmieci
2. toalety mogą wydawać się uniwersalne i wielofunkcyjne, ale nie daj się zwieść. Są one wysoce wyspecjalizowane i jedzą tylko papier, w przeciwieństwie do kosza na śmieci.
Teraz znasz już niektóre znaki rozpoznawcze toalet więc bądź czujny i nie pomyl się”

Aż mi cukier spadł i batona musiałem zjeść.

Jadąc dalej wpadłem do małego miasteczka którego nazwy nie pomnę co i tak jest bez znaczenia. Miejsce było flagowo oflagowane flagami narodowymi bo Duńczycy nie wstydzą się swojej flagi, dzień był wolny i festyn miał miejsce z kiełbaskami i muzyką plus pchli targ na ulicach.



A potem zaś droga.

Gdzieś za tą wydmą jest latarnia którą zabrał piach (Rubjerg Knude), spotykam dwoje starszych Włochów którzy wracają i mówią ze smutkiem że nima latarni, że jej nie znaleźli ale może mnie się uda. Nie, nie namówicie mnie w ten upał.

Wiatrak się napatoczył i nawet chciałem tam zjeść ale jak kazali poczekać aż wskażą miejsce pomyślałem że jest jak dla mnie za luksusowo i se poszedłem precz stamtąd.


A wieczorem tadam ! Jestem tu gdzie jestem i po to jechałem by tu dojechać.
Grenen.
Robię Himkowi pamiątkowe zdjęcie co by mógł się on kolegom pochwalić – tu byłem !

Przestawiam się na miejsce dla motocykli.

Jeszcze kilka zdjęć i jadę do Skagen na kolacjo-obiado-posiłek.


Dojechałem gdzie chciałem więc w sumie mógłbym już wracać no ale ten szpagat jeszcze co o nim pisałem. Więc camping u Poula w Skagen na wieczór, jak zwykle pełno kamperów a podróżujących z namiotami ja plus jakieś 3 sztuki na rowerach. Tę łączkę gdzie można namiot rozbić ciężko było mi znaleźć no bo sami popatrzcie.


Reszta przy jutrzejszej kawie i croissancie które już teraz zwizualizuję, bo idę już spać o ile tę ścieżkę między żywopłotem znajdę jak będę spod prysznica wracał.


********************************************************
Po kawie z croissantem lepiej się myśli ale aby pobudzić jeszcze bardziej procesy myślowe zamawiam kolejną kawę i duńskie ciastko. Dziś pokręcę się po Skagen bo za długo tu jechałem aby zaraz wyjeżdżać. No i ten szpagat mnie tu trzyma.
Jadę do Grenen z przystankiem przy latarni.


Do końca cypla jest ponoć 30 minut z buta więc tam jadę traktorkiem a nazad wrócę pieszo spacerkiem wzdłuż morza.


No i już. To jest ta mityczna łacha piachu dla której tu przyjechałem, turystów jeszcze mało ale za chwilę zrobi się tłum. Morze północne z lewej, Bałtyk z prawej.


A teraz obiecany szpagat na skalę moich możliwości, lewy but w wody Skagerrak a prawy w Kattegat. Potwierdzam że buty tej marki co ją mam są odporne zarówno na wodę z północnego jak i Bałtyku.

Jak to powiedziała na cmentarzu moja teściowa na pogrzebie teścia „to miejsce się dopiero zaludnia” tak i ten cypel zaczyna się zaludniać więc czas uciekać na parking.


Fok niestety nie spotkałem.




Na parkingu zjadam hot doga który jest 3 korony droższy niż zwykle i 3 razy mniejszy niż zwykle.

Wyrzucając papierek po bułce z parówką na koszu zauważam słuszne skądinąd rewolucyjne hasło.

Szwędam się po Skagen, parkuje jak zwykle przy porcie jachtowym, otacza mnie wataha motocyklistów znanej marki, znanej głównie z tego że najbardziej skutecznie na świecie zamienia benzynę w hałas. Parkują, jeden nie utrzymał motocykla który mu się obalił na stojące obok auto gniotąc karoserię. Co było dalej nie wiem bo dyskretnie przeparkowałem w bardziej bezpieczne miejsce z dala od ludzi w kurtkach pokrytych niezliczoną ilością naszywek.

Chwile włóczę się po Skagen.




Wieje jak zwykle wiatr urywa głowę i przewraca rowery poza tym pogoda przepiękna.



Czas zobaczyć Tilsandede Kirke czyli kościół który zabrała matka natura przysypując go piachem, teraz wystaje tylko kawałek.

Dojeżdżam a potem pieszo i trochę się martwię czy jak tam dojdę to on będzie jeszcze czy już go w całości piach przykrył, ale jest.



Historia kościoła jest długa i zawiła a obecnie jest on zamieszkiwany przez przesympatyczna rodzinę państwa Ptak.

Siedząc na jednej z ławeczek pod kościołem zastanawiam się co musieli zrobić ludzie że Bóg zdecydował się zatopić ten kościół w piachu.

Wracam do Skagen bom głodny, mama mówiła że groszek jest zdrowy.

Posiedziałbym dłużej ale na stoliku obok przysiadł podejrzany typ więc idę do portu kontynuować sjestę.


Wieczorem pojeździłem jeszcze troche po Skagen i alulu. Jutro w stronę ojczyzny.




********************************************************
Wracam zatrzymując się na chwilę przy Voergaard, zamek taki z cegły czerwonej.




A potem znów droga pusta jak zwykle tu na Jutlandii.

W Spar tankuje mineralną.

A na stacji paliwo dla Himka.

W Hals zjadam kolejnego loda kręconego od których jestem uzależniony, oni tu je softies czy jakoś tak nazywają, po mojemu miękiszony i lokalnym promem do Egense.




Na dziś zostało Aarhus, dla mnie to jedno z tych miast w których mógłbym mieszkać, ale dziś nie planuję zwiedzania, tylko pod katedrę klimat nosem trochę wciągnę.
Kręcę się wokół po brukowanych uliczkach pełnych bangów olufsenów i innego blichtru oraz ulicznych kafejek gdzie ludzie przy wystawionych stolikach wciągają Tuborga. Głód kieruje moje kroki do Żabki 7Eleven gdzie w drodze zakupu zostaję właścicielem kanapki z kurczakiem którą pochłaniam pod katedrą.







Nocleg w Hou Strandcamping, dojeżdżam recepcja zamknięta ale maszyna wydaje bilet z dostępem do prysznicy, wifi itp. W sterylnie czystej kuchni czuję się trochę jak w szpitalu albo innym prosektorium, na szczęście jest ławeczka medytacyjna gdzie podziwiać można wchodzący do portu statek.





Wczesnym rankiem wszystko mam tylko dla siebie ale czas w drogę.



********************************************************
Dziś druga z planowanych atrakcji zamek Egeskov, ale wpierw muszę Jutlandię pożegnać i mostem na Fionię, pa pa Jutlandio, podobasz mi się bardzo.


Egeskov to nie tylko zamek to cały kompleks turystyczny, jedna z głównych atrakcji Fionii, tak 1 dzień to minimum cza mieć.








Lustereczko powiedz przecie kto jest najpiękniejszy w świecie.

Zmęczyło mnie to zwiedzanie komnat wszelkich a na zmęczenie jak wiadomo najlepsze są lody.

Zaczynam myśleć o powrocie, czas opuścić zamek. I nagle mnie ocknęło i nagle mi się przypomniało aż się z liścia w twarz uderzyłem. Przecież ty tu nie przyjechałeś zamek oglądać ani pietruszki pana hrabiego. Run Forrest, run … I pobiegłem.



Tych wisielcy jest mnóstwo.
Są też inne motoryzacyjne ekspozycje plus ekspo wozów strażackich, labirynty dla dzieciaków itp.












Zmęczony kończę i lecę do Nyborga gdzie jedno a może 2 spojrzenia na kolejny zamek ponoć jeden z najstarszych o ile nie najstarszy w Danii.



Na wieczorny zachód słońca zaplanowałem coś co już mnie ekscytuje ale i trochę przeraża bo boje się że spadnę. A mianowicie przejazd cudem inżynierii czyli mostem Storebaelt, mostem łączącym Fionie z Zelandią. Na środku mostu jest wysepka Sprogo gdzie kiedyś zsyłano niegrzeczne dziewczynki to zajrzę i zobaczę czy się jakaś nie ostała.
Most łączy Nyborg na Fioni z Korsor na Zelandii a w sumie to 2 mosty zachodni, wschodni i tunel kolejowy jakieś 18 km.



Podjeżdżam na parking przed, z nadzieją na jakieś fajne zdjęcia ale mało widać więc jadę na most.

Na moście chciałem się nacieszyć widokami i jadę wolno ale mi tir na plecach siadł i światłami mruga w sumie ma racje bo jest ograniczenie prędkości do 110 km/h. Nie ma miejsca by przystanąć wszyscy grzeją to i ja grzeję, przy zjeździe na wysepkę Sprogo jest zakaz i verboten. Nawet nie wiem kiedy ukazały i się bramki za 120 DKK.
Nie tak to miało wyglądać, nie mam zdjęć, nie mam nawet nalepki na kufer 🙂 Na złość mamie odmroziłbym uszy ze złości no ale jest ciepło. W zamian postanawiam przespać się pod mostem jak bezdomny żul.
Największą zaletą campingu Storebaelt jest to że znajduje się on pod samym mostem i można z niego wprost podziwiać i fotografować. Poza tym jak dla mnie czasy PRL-u świętej pamięci mi przypomniał, no i auta szumią przez noc.
Zajechałem, wieczorem recepcja standardowo nieczynna ale był koszyczek a w nim jeszcze 3 pakiety powitalne w formie planu z zaznaczonym miejscem i prysznickarta. Dobrze że szybko wziąłem pakiet bo pojawili się kolejni chętni na nocleg i czwarty odszedł z kwitkiem.



Camp ma potencjał mocno wybuchowy ale możliwość zrobienia fajnych zdjęć rekompensuje ten niuans.

Poranna kawa z widokiem.


Spacerując wieczorem po nabrzeżu spotykam panów poławiających ryby. Zagadują mnie skąd jestem to mówię że z Poland. „A z Holland…., mamy tam wielu znajomych”. Tłumaczę więc raz jeszcze że z Poland na co jeden się strasznie ucieszył, roześmiał i krzyknął radośnie – KURWA ! Zaklęcie niestety nie pomogło bo ryby tego wieczora nie brały.
Tego typu sytuacja zdarza mi się nie pierwszy raz, kiedyś się nawet zastanawiałem czy nie seplenię i czy do logopedy się nie udać, ale nie, po prostu ludzie z zachodu często nie mają pojęcia o naszym małym kraju. BTW jeden z panów miał polskie korzenie i nawet się przedstawił, powiedziałbym Wam jak się nazywa no ale rodo.


********************************************************
Wracając do domu mijam Holsteinborg Castle znany z tego że „Andersen tu był”. Hans Christian przyjaźnił się ponoć z właścicielami. Zamek jak zamek ale okolica ładna.





Teraz już tylko na prom do Gedser, jadę przepiękną drogą przez las, mocno zacieniona bo drzewa zarosły i gałęzie zasłaniają niebo. Strasznie ciemno się zrobiło aż się wystraszyłem. Blendę idioto podnieś, podpowiedział Himek.
W sumie mogłem jeszcze zostać bo nic nie goni. Prognoza zapowiada +33 C a to nie dla mnie więc uciekam do domu.

Relaks na promie.





Prześpię się dziś w Niemczech bo mam ochotę na Bratwurst mit Kartoffelsalat und Beilage, a przy okazji odwiedzę Arkonę. Rugia to wyspa którą bardzo lubię.
Na niemieckich campingach tez mają croissanty więc poranek standardowy.

Poleciałem jeszcze na przylądek Arkona bo jak to śpiewał ktoś, czasami „lubię wracać tam gdzie byłem już”.


Aha zapomniałem napisać że skończyły mi się wczoraj czyste ciuchy i pranie postanowiłem zrobić. Na zaprzyjaźniony już kamping na którym parę lat temu spałem przybyłem dość późno co skutkowało zamknięta recepcja. Ale. Na tym kampingu pracuje a może nawet mieszka pewien Niemiec którego polubiłem i który ogarnia po godzinach. Był i tym razem standardowo tak jak kilka lat temu zapytałem czy możemy po angielsku on że mówi, no to zacząłem i wkrótce przeszliśmy na łamany niemiecki tzn ja łamałem. No ale nie ważne dal mi kartę do prysznica.
No jak już byłem czysty i umyty to z tą karta pranie poszedłem zrobić, ciuchy w pralce, płyn nalany, przykładam kartę i się wyświetliło „Waschen ist nur nach vorheriger Bezahlung möglich”. Czy jakoś tak. Okazało się że nie mam geldu/a na karcie. Idę do gościa tego co po godzinach ale on do mnie że chciałby ale nie może bo żeby pomóc i kartę doładować to komputer musi być i te panie co wiedza jak.
Wracam do pralni i tak se myślę co tu zrobić bo ciuchy w bębnie no i ostatnia porcja płynu wlana. Bóg znów miał mnie w opiece bo wchodzi Pani którą pytam czy ona spika po angielsku na co ona odpowiada że ze język Szekspira nie jest dla niej problemem. To duża ulga bo tu na niemieckich ziemiach wschodnich wcale nie tak łatwo znaleźć Niemca anglojęzycznego. Pani tłumaczę że ja z drogi i że nie mam co na siebie włożyć bo wszystko cuchnie starym osłem albo capem. I tak nieśmiało zagaduje czy by nie mogla swej karty użyczyć a ja natychmiast uiszczę w gotówce. „Nie ma problema ale muszę po kartę pójść” rzekła. I wyszła. Myślałem że uciekła ale wróciła i nawet pomogła tę maszynę do prania uruchomić. To ja dziękuje wyciągam portfel i chce zwrócić koszt który poniosła. Na to ona że nie przyjmie i że to drobiazg. Na to ja że nie mogę zaakceptować i że bardzo proszę by wzięła ode mnie gotówkę. I tak się ze 2-3 minuty przekomarzamy w końcu widzę że tym razem ta kobieta mi nie ulegnie i z głupia frant aczkolwiek bez żadnych intencji zapytałem czy może przynajmniej da się na kawę zaprosić. Pani lekko zesztywniała, powtórzyła swą formułę że wszystko ok i nie ma problema kierując się gwałtownie w stronę wyjścia. Zdążyłem tylko szybko zapytać „Where are you fom ? – From Deutschland” odpowiedziała. I ona wybiegła a ja wykrzyczałem za nią „Vieleeen Dank” w pustkę korytarza. To dobra niemiecka kobieta była niestety więcej się na kempingu nie spotkaliśmy.
Bratwurstem kończę wycieczkę. Do dziś nie wiem co to było to bailage bo okularów nie założyłem a w smaku było podobne zupełnie do niczego a i zapachu nie posiadało. Ale zjadłem wszystko bo nie jestem wybredny. Arkone opuściłem ok. 13-14 nie pamiętam dokładnie a w Kato byłem coś o 2 w nocy.



Zostaw odpowiedź