W sumie to nie chce mi się opisywać tego wyjazdu, plany na ten rok były zupełnie inne. Ale jak nie opisze teraz to szybko zapomnę. Kiedyś wydawało mi się że żeby podróżować to wystarczy mieć tylko czas i pieniądze. Nie doceniłem trzeciego czynnika co się nazywa zdrowie. No dobra bez marudzenia, Bóg dał mi więcej niż zasłużyłem. Pojadę do Oslo które lubię bo przywołuje wspomnienia młodości i w którym nie byłem kilkadziesiąt lat. No i może się uda Gotlandię zobaczyć plus trochę szwędania po południu Szwecji i Norwegii.
Tym razem nie „lecim na Szczecin” tylko na Gdańsk bo stąd odchodzi mój prom do Nynäshamn czy jakoś tak. Dzisiejsza sobota to wyjątkowo upalny dzień. Nie dam rady dojechać z Katowic do Gdańska jednym ciągiem, trasa to przystanki na stacjach by zmoczyć wodą koszulkę i nie umrzeć w tym upale. Nocuje w Grudziądzu w pensjonacie z którego zostało mi tylko to jedno zdjęcie.

Następnego dnia docieram na Wawel 🙂 na pokładzie którego opuszczamy nasz piękny kraj z dykty i tektury. My to ja i Himek 🙂






W naszych porąbanych czasach nie mogło na pokładzie zabraknąć udogodnień dla „psiecka”. I z całej tej podróży mam wrażenie że „psiecka” są obecnie lepiej traktowane niż ludzie. Co mi w sumie nie przeszkadza bo wole psy niż ludzi.

Relaks na i pod pokładem a potem do kabiny alulu.



Niedzielny poranek budzi się pięknie.



Zgodnie z planem koło południa Szwecja się wyłania.



Z promu autostradami i drogami szybkiego ruchu w stronę Oslo. Po drodze jakieś śmieciowe jedzenie i nocleg Degernäs camping, Szwecja. Czemu ten ? Bo lubię jak jest nad jeziorem. Na camping dojechałem dość późno, recepcja standardowo zamknięta, bo tu już jest po sezonie wakacyjnym. Dzwonie na nr telefonu z budki i nic. Pisze maila na adres mailowy z budki i też nic. No trudno wjeżdżam i rozbijam namiot, potem dokonuje rezerwacji online, no ale niestety nie mam klucza do sanitariatów. Na szczęście oprócz mnie w namiocie obok jest para z Niemiec z którą szybko nawiązuje kontakt i użyczają mi klucza. Bo tak na campingu to tylko kampery/przyczepy z emerytami którzy spędzają tu całe wakacje. I dobrze, że tłumu nie ma.









Się budzę a tu słońce i ciepło. A chciałem uciec od upału na modne teraz coolcation 🙂 Rano recepcjonista w ramach przeprosin poczęstował mnie kawą i dał nalepkę z Vikingiem, dzień się dobrze zaczyna.



Spakowawszy manatki jadę na podbój Oslo, spokojnie, rutynowo zaliczając miejsca gdzie podają pasze i te w których można napoić Himka.



Apka NorCamp powiada, że Oslo ma tylko jeden camping co się Topcamp Ekeberg nazywa. Zamierzam tam nocować kilka dni. Największą zaletą jest to że ze wzgórza campingowego jest piękny widok na miasto plus na obrzeżach mamy Ekebergparken ale o tym później. Wady widzę dwie. Ni-ma kawałka równego miejsca, bo to wszystko na wzgórzu. Tłumaczą się że im nie wolno tam nic wyrównać z jakiś tam powodów o których nie chciałem słuchać. No i recepcja czynna od 09:00 bo lubią tam pospać, więc jak ktoś jak ja potrzebuje kawy i croissanta dla porannego rozruchu to słabo trochę.







Zwiedzanie Oslo standardowo opera, muzeum Muncha, twierdza Akershus … No ale najpierw szukam na góglu darmowego parkingu dla mojego motocykla co się chyba Mc Parkering nazywa, gógiel wypluwa adresy, wybieram ten co mi lokalizacyjnie pasuje, jadę a tam nic tylko śniady gentleman w taksówce stoi a właściwie to siedzi. To znaczy auto stoi a on w nim siedzi. No to ja się go grzecznie pytam co i dlaczego a on mówi że nic nie wie, i żebym na taki duży parking pod dworcem pojechał. No więc grzecznie podziękowałem i pojechałem na inne Mc Parkering które fizycznie istniało ale było tak zapchane motocyklami i skuterami że się szpilki nie dało wcisnąć. Skończyłem więc tego dnia na tym podziemnym w óy drogim bo zapomniałem napisać że Norway drogie jest. No ale czasu mi było szkoda, bo zwiedzać chciałem. Żeby nie być chamem zaczynam od opery, co ma taki fajny dach po który się chodzi i podziwia. Ale zacząłem od wnętrza gdzie w barze poznałem sympatyczną młodą kelnerkę i jej chłopaka. Pytam czy bym gdzieś u nich kasku nie mógł przechować to mi powiedzieli że są lockery dla widzów opery i nawet taki żeton skombinowali do tych szafek. Mili młodzi ludzie.












Żeby jeszcze bardzie nabrać ogłady i pozbyć się wewnętrznego chamstwa kroki kieruje do Muzeum Muncha, gmach potężny, wielopiętrowy, można wiele godzin spędzić. Jest o rzut beretem od opery. Wszedłem więc i po jakiejś pół godzinie czekania pozwolono mi wejść o 13:30 punkt, w czym pomógł mi zakupiony wcześniej OsloPass.
https://www.visitoslo.com/activities-and-attractions/oslo-pass










Z okien niezłe panoramy miasta.



Poszwędałem się trochę po okolicy i poszedłem do Backstube coś zjeść.





Znalazłem to Backstube gdy zaczęło z nieba kapać i spożyłem prosty posiłek w towarzystwie lokalnego ptaka.


Następnie do twierdzy Akershus, muzea o tej porze były już zamknięte, więc połaziłem po murach, parkach i armatach, pragnienie gasząc wodą mineralną.


















Potem jeszcze trochę w miasto wciągnąć klimat nosem i na camping. Zmęczyło mnie to zwiedzanie a słońce było dziś bardzo łaskawe.



















Dzień kolejny rozpoczynam od wizyty na skoczni Holmenkollen. Skoki kompletnie mnie nie interesują ale skocznia mnie ciekawi z konstrukcyjnego punktu widzenia. Tu żeby wejść też przydaje się OsloPass z tego co pamiętam. Na szczyt skoczni wjechałem windą, czas oczekiwania 45 minut w moim przypadku, ale warto bo z wierzchu widać wszystko jak na skoczni tzn. jak na dłoni. Plus przyznaje, że jako człek zabobonny co w gusła wierzy miałem pewne obawy co do tej windy bo ona zabiera równo 13 osób. No ale sprawdziłem że ładowność techniczna tejże windy została zaprojektowana na 16 osób więc mi ulżyło 🙂


Na skoczni przywitał mnie sympatyczny psiak. O jego historii możecie sobie poczytać ino trzeba sobie wygóglować.


Na górze słońce i widoki. A jak ktoś ma jaja to se może z góry zjechać po takiej stalowej linie. Ja mam ale nie takie duże.




A na dole jak to na dole, jest jakieś muzeum nart i inne atrakcje. Ale podstawa w każdym zwiedzaniu to relaks po.




Po skakaniu to co kocham czyli morze i statki. Muzeum Frama i muzeum Kon-Tiki. Dla mnie dwa magiczne miejsca, na tej ławeczce przy tratwie mógłbym siedzieć godzinami. To były czasy mężczyzn którzy naprawdę mieli jaja. Oba te miejsca jak dla mnie trzeba zobaczyć a są vis a vis przy ulicy.














A teraz do konia co ma tiki czyli muzeum Kon-Tiki 🙂 Magia dla mnie kolejna. No i Ra.

















Powoli zamykają a na dworze leje. Ludzie gromadzą się w holu czekając na konieczność opuszczenia muzeum, odwlekając je do ostatniej minuty, no bo kto lubi moknąć ? Przez chwilę siedzę na murku przed obserwując autobusy nadjeżdżające na znajdujący się po przeciwnej stronie ulicy przystanek. Ludzie biegną do autobusów, wsiadają i robi się coraz bardziej pusto. Jeszcze tylko krótki spacer i na mnie też czas by wracać.




Dziś kolejny ale i ostatni chyba dzień w stolicy Norwegii. Plany znów kulturalne i spacerowe, może w końcu pospaceruje po tym parku Ekecośtam bo przecież namiot mam rozbity przy wejściu do niego 🙂 a jeszcze nie byłem.


Dzień się zapowiada piękny znów, ktoś mnie okłamał że tu w Norwegii zimno i deszczowo 🙂


No dobra. Na początek park Vigelanda i jego pokręcone rzeźby. Czas się przyjrzeć kołom życia, zegarom słonecznym i innym monolitom, więc naprzód – na jeden z bocznych niegłównych parkingów bez stad autokarów.












Dobrze jest poleżeć na trawie w słońcu.

Ale w dzień taki jak dziś jeszcze lepiej jest na ławce w cieniu.

Zmęczyły mnie te rzeźbione porąbańce. Teraz odwiedzę miejsce smutne. Rzeźbę zwierzęcia które chciało zamieszkać z ludźmi i za to zostało zamordowane. Norweskie sex-workerek-syny które to zrobiły nazywają to pieszczotliwie eutanazją. Pomnik „For our sins”. Kto chce poznać historię niech sobie wyszuka „Freya the Walrus”. Freya nie wiedziała że jesteśmy chorym gatunkiem.


Czas coś zjeść. Idę do knajpy obok.


Aha, tym razem znalazłem miejsce na bezpłatnym MC Parkering 🙂

Najedzony wracam na camping droga to koszmar bo w tunelu pod Oslo utworzył się korek. O mało nie wykitowałem podczas przejazdu. Na wieczór zostaje mi jedynie odwiedzić wzmiankowany park co go mam przy namiocie. Ubieram wygodne buty i idę. Na spotkanie ze sztuką.




Duża sztuka.

Dzieło wybitne mam takie wywieszone w łazience czasami.

Mamo ratuj !




Sztuka która wbija w glebę.

Aby odreagować silne emocje związane z przeżytą właśnie sztuką idę się jeszcze pogapić na Oslo. Niebo pięknie dynamiczne.






Nadszedł poranek gdy muszę opuścić Oslo. Jeszcze tylko ostatnie rytualne śniadanie, kawa, gorąca czekolada i croissanty.

Potem droga podczas której poza spotkaniem na stacji z Włochem który wracał z NordKapp nic się interesującego nie wydarzyło. Zapytany jak było zaklął szpetnie i użył słów powszechnie uznanych za obraźliwe na temat pogody. Deszcz miał cały czas, czy cóś 🙂 Brawo stary zrobiłeś to ! Polecił „Włochy motocyklem we wrześniu„. Tu się spotkaliśmy.

Dalej znów droga i pasza.

Dziś nocuje w miasteczku a może mieście co się Trollhättan zowie. Po co ? Bo chce zobaczyć typowe szwedzkie miasto i coś tam jeszcze co później opisze.
Tym razem nie namiot.


Rozpakowałem co miałem rozpakować zmieniłem buty i w drogę. Idę w miasto 🙂


Szwedzkie miasta mają to do siebie że ludzie w nich są ale nie wiadomo gdzie. Może wszyscy są w Ikea ?














Jest późno a ja jestem głodny, knajp jest dużo choć większość zamknięta. W centrum tego dużego placu a może i rynku jest knajpa, wchodze i zagaduje. Facet poleca sałatkę z kurczakiem i mówi że to tutejszy kurczak od lokalnego farmera i że jest o niebo wyżej od tego co w sklepach. I wiecie co ? Facet nie kłamał. To był najsmaczniejszy posiłek jaki zjadłem naa tym wyjeździe.

Najedzony idę dalej w miasto, tak by wczuć się w lokalne klimaty.







Temperatura w końcu jak lubię, sprzyja spacerowi.






Po drodze trafiłem na dworzec kolejowy. Bo mam słabość do dworców kolejowych i stuku-puku pociągów.



Po drugiej stronie campingu, od ulicy mały park miejski.






I jeszcze trochę przy campingu pochodziłem.



Czekolada przed snem, mnie usypia, dobranoc na dziś.

Kolejny poranek nakazuje wyjawić drugi z powodów mojej wizyty w Trollhättan. No ale najpierw szybkie traperskie śniadanie, makrela w pomidorach prosto z Lofotów. I mała czarna.


Himek też się musiał napić.

No i jesteśmy. Saab Car Museum.

Saab to dla mnie marka legenda, jedna z może 2-3 marek które chciałbym mieć. Bo ogólnie samochody mnie nie podniecają ni trochę. Jest co oglądać dużo autek.








































































Nic dziwnego że James Bond też go wybrał 🙂





Jeżeli interesują Cię prawdziwe samochody a nie eko-melexo-wydmuszki to jedź.
Jadę dalej następny nocleg to będzie Mycklaflons Camping, miejsce przecudne przy jeziorze z absolutnie klimatycznymi drogami dojazdowymi prowadzącymi z drogi głównej przez las do campingu.
Po drodze wstąpiłem do ichniejszej paszodajni, choć nie zamawiałem dostałem w zestawie ciecz puszkowaną ze zdjęcia. Z ciekawości łyk, reszta do zlewu.













Tego znaku nie znam, ktoś wie o co tu chodzi ?

I mamy kolejny dzień którego datę można odczytać ze zdjęć. Jadę dalej do Oskarshamn. Droga jak to droga, trzeba przejechać.


W Oskarshamn jeżdże bez celu, tak by się przejechać i coś przy okazji zobaczyć.






Kościół. Ale wnetrza troche inaczej wyposażone, jest gdzie kask odłożyć.












Camping Havslatts tradycyjnie nad wodą. Stugę biorę nie chce mi się rozbijać namiotu.





Chwilę pogadałem z żółwiem, powiedział żebym się nie śpieszył bo czasu i tak nie dogonię.

Prowiant się skończył pojechałem więc i wrociłem z/do Lidla, po czym skromna pasterska kolacja.


I spacer by spalić to co zeżarłem. Jutro taki prom jak ten co wchodzi teraz do portu. Destination Gotland.



I takie cóś. Prawie jak polskie Horror Tree z Sułoszowej 🙂

No dobra zmęczyłem się i muszę spać.

Dziś ten dzień by opuścić kontynentalną Szwecję – Destination Gotland – czas popłynąć na Gotlandię. Przed opuszczeniem Oskarshamn mam chwilę do odejścia promu więc trochę jeżdżę w sumie bez żadnego planu.

No ale nadeszła ta chwila by pojechać na przystań promową, czekamy.

Potem znów czekamy ino w innym miejscu. Bo tak nam kazali. Nie ma innych motocykli ale za chwile zjawi się sporo rowerzystów.

No i zaś czekamy 🙂

Do widzenia Oskarshamn, widzimy się za parę dni.



„Psiecka” 🙂




Zimna Cola dobrze odrdzewia wątpia.

A na pokładzie słońce świeci.

Coś tam się wyłania. Nie mam czasu teraz na zdjecia. Jestem w Visby.

Błyskawicznie wpadam na camping, zostawiam moto, zmiana butów i w zmienionych z buta ruszam w miasto. Bo jestem niecierpliwy by już tam być na starym mieście. Visby dla mnie to bajka, brukowana magia, mógłbym tu trochę pomieszkać. Miasto korzeniami tkwiące w średniowieczu, wpisane na listę dziedzictwa i murem kamiennym otoczone.
wg ajiii 🙂 Visby to :
Słuchajcie wezwania, zacni podróżni! Visby to potężny gród i perła Hanzatyckiego Związku, co dumnie wznosi się na skalistym brzegu Gotlandii. Przed zakusami najeźdźców i piratów chroni go potężny, kamienny mur obronny, najeżony basztami, zza którego strzelają w niebo wieże gotyckich świątyń. W murach tych kupcy z całego chrześcijańskiego świata wymieniają cenne sukna, korzenie i skóry, wznosząc bogate kamienice na chwałę swoich rodów. Choć czas obrócił niejeden kościół w ruinę, a dawną potęgę okrył cień historii, duch dawnego wieku wciąż żyje w tych wąskich, brukowanych uliczkach.
Visby to geometryczny zgrzyt średniowiecza wrzucony w chłodną nieskończoność Bałtyku. Pętla kamiennego muru zaciska się na gardle historii, tnąc nadmorski horyzont na ostrokątne plastry baszt i cieni. Gotyckie ruiny nie płaczą za przeszłością – są architektonicznym manifestem, gdzie brak dachu otwiera wnętrza kościołów na anarchię chmur i kosmiczną próżnię. Wąskie labirynty uliczek pulsują czerwienią surrealistycznych róż, które jak plamy świeżej krwi bezczelną eksplozją rozbijają monotonię szarego wapienia. To miasto-kolaż, w którym echo hanzatyckich kupców miksuje się z mechanicznym szumem nowoczesnych promów, tworząc rwaną, polifoniczną symfonię czasu i przestrzeni.
Proszę się nie czepiać AI. Nawet nobliści go używają a potem mówią, że to ich.
Wrzucę trochę a raczej pierdyliard zdjęć z tego czarodziejskiego miasta, opisywać mi się nie chce bo sami se możecie wygóglować, jak dla mnie jest pięknie. Jak kogoś te zdjęcia nie interesują niech przescroluje lub wymyśli coś innego by je pominąć, ino nie wiem co 🙂
I jeszcze jedno. Przez nieuwagę nie napisałem, że zaraz po wjeździe do Visby odwiedziłem informacje turystyczną, gdzie otrzymałem mapkę. Pani tam obecna coś mi tam naopowiadała i nabazgrała gdzie jechać i co zobaczyć.



















































































































Uff tak się zmęczyłem tym wrzucaniem zdjęć, że aż zgłodniałem. Kolacja w knajpie na nadbrzeżu.

Wracam na camping w zmieniających się kolorach dogasającego wieczoru.




Szpital z lądowiskiem dla helikopterów bo przecież jesteśmy na wyspie.


I to by było tyle na dziś. Czas się położyć spać.
Wczoraj nie było czasu by napisać że zameldowałem się na kilka dni na campingu Visby Strandby, z którego nóżkami można w jakieś 20-30 minut dotrzeć do miasta. Domek mam malutki i skromny. Zaletą campingu jest bliskość serca miasta. Wadą niezrozumiały i permanentny na tutejszych campingach brak czajnika elektrycznego. I moje ulubione – żeby móc wejść do sanitariatu trzeba zdjąć buty albo założyć takie niebieskie plastikowe nakładki na buty, jak w szpitalu czy innej kostnicy 🙂






I żeby nie było że zapomniałem o „psieckach„, tu „psyny i psórki„ maja jakby luksusowo.

Dzisiejsze zwiedzanie rozpoczynam od Lickershamn. Tam się jedzie po to by zobaczyć Jungfrun czyli The Maiden czyli Dziewica, ponoć największy rauk na wyspie, rauk to taki duży kamulec stojący, wyorany erozyjną ręką Matki Natury. Wzmiankowany kamulec znajduje się przy malutkiej osadzie rybackiej.








Dojechalem to idę podziwiać tego rauka. Bo kawałek cza dojść. Ale jest cisza i spokój, prawie bezludzie.





„Mój ci on”. A może raczej ona.






Posiedziałem, pogapiłem się, wracam. W wiosce zaglądam do sklepu rybnego w którym chwile gaworzymy ze sprzedawcą na tematy luźne i niezobowiązujące, rozstając się w pełnej niczym nie zmaconej przyjaźni.





Opuszczam Lickershamn, na wlocie do wioski jest jeszcze parę kamulców.



No to w drogę aby być „On the road” jak w tej książce więc „Hit the Road Jack” 🙂


Przy tej drodze co ją przemierzam jest Muzeum Bunge (szw. Bungemuseet). To duży skansen i muzeum etnograficzne na wolnym powietrzu położone w pobliżu miejscowości Fårösund na północy Gotlandii. Przedstawia życie dawnych mieszkańców tej przeuroczej szwedzkiej wyspy, ok. 80 budynków, stare młyny, tartaki, chaty rybackie, rekonstrukcje z kamieni.




























Uff ! Aż zgłodniałem, na szczęście po drugiej stronie ulicy jest analogiczna do muzeum knajpa gdzie zaszedłem. Przebraną w jakiś wiejski strój kelnerkę zapytuje czy mają kartę dań po angielsku. Nie mają. No to mówię, że ja bym coś z mięsa zjadł. Na to Pani „aaa z mięsa? z mięsa to mamy limpa meat”. Limpa meat wygląda tak jak niżej, nie powiem smaczne było i jak na tutejsze warunki niedrogie.



Czas na prom. Bo dziś wyspa Fårö. Przejazd promem to był moment ani się spostrzegłem a już było po wszystkim. Na wyspie jest parę miejsc do zobaczenia no ale po kolei. Jak radził żółw nie śpieszmy się.


Pierwszym celem jest rezerwat Digerhuvud, jak dla mnie niesamowite miejsce, prowadzi tam wąska asfaltowa dróżka która wije się nad brzegiem morza. Widok niczym nie zasłonięty, żadnych drzew tylko woda, skaliste podłoże i słońce. Radość jaką daje tam prowadzenie motocykla jest ekstatyczna. Digerhuvud to obszar pokryty raukami, największy w Szwecji. Kilkaset rauków które stoja na krawędzi morza.












Jadę powoli, spotykam tylko jednego motocyklistę, jak dla mnie lokals który „suszy pachy” na swoim Harleyu a długie, siwe włosy i niesforna postrzępiona broda wystają mu spod otwartego kasku trzepocząc na wietrze. Za to rowerzystów sporo.









Ten piękny kawałek drogi mojego życia zatrzymują na chwile nogo-łamacze które widzę na własne żywe oczy pierwszy raz w życiu. Himek przetoczył się po nich bezboleśnie.


Docieram do Langhammars.
Langhammars – rezerwat przyrody położony w północnej części szwedzkiej wyspy Fårö. Słynie przede wszystkim z licznych ostańców wapiennych w postaci rauków, kamienistej plaży i wydm.









Teraz celem staje się latarnia Fårö fyr położona na najbardziej na wschód wysuniętej części wyspy. Po drodze owce chcą się zabrać na stopa ale kategorycznie odmawiamy.









Wracamy już, po drodze zajeżdżam jeszcze pod Muzeum Faro i Muzeum Bergmana, o tej porze już zamknięte, więc na prom.

Byłbym zapomniał, był jeszcze słodki kawałek podróży w przydrożnej knajpie.





Kolacje tego dnia nie rozpieściła mnie za bardzo ale zapomniałem, że lodówka sama się nie napełnia.

Rano obudziłem się z sublokatorem, na szczęście nie był uciążliwy.

Wczoraj była północ Gotlandii, dziś południe i jak damy radę to coś tam jeszcze ale teraz nie powiem co żeby nie zapeszać.
Jadę wpierw do małej wioski rybackiej Gnisvärd. Co tam jest ? Na pewno cisza i spokój. Klimat.
















Go South Old Man, więc jadę dalej na południe eksplorując krajobrazy i kolejną wioskę rybacką której nazwy teraz nie pomnę.









W wiosce rybackie skórę z owcy można kupić, ot ciekawostka.


Gdzieś na horyzoncie migaja blizniacze wysepki.





Jadę spokojnie i powoli bo nic nie goni, nic nie wyprzedza, nic nie mija ani drogi nie zajeżdża. Pustkość kompletna.




Gotlandia to kościoły. Odwiedzam ten w Vamlingbo. Jego historia sięga średniowiecza a on wciąż stoi, gdzie są ludzie którzy go zbudowali ? Na ścianach murale z Michałem Archaniołem jeżeli dobrze zrozumiałem.


















Po chwili kościelnej zadumy jadę dalej na najbardziej południowe południe wyspy za którym nie ma już nic tylko morze. No ale najpierw droga. Słońce praży niemiłosiernie.

Zatrzymuje się pod kawiarnia i restauracją Majstre. Wchodzę do kawiarni i zagaduję miłą Panią, co i jak tu zobaczyć. Pani tłumaczy gdzie i jak mam pójść, zgadza się też przechować mą kurtkę i kask. W kawiarni byłem sam, w restauracji było trochę ludzii.


Przed zwiedzaniem mój ulubiony zestaw – kawa i lody.

Za tego garba mam iść a potem wzdłuż morza. Pani tak kazała. A potem na garba się wspiąć.

No to idę i idę.













No ale w pewnym miejscu już nie idę bo pojawia się znak że verboten.

No to ja dalej idę tyle że z powrotem idę, a może nawet spofrotem, bo wrócić chcę. Choć się wracam przodem jednak idę.







I jak już wróciłem skąd przyszedlem to trzeba było na szczyt tego garba wejść bo Pani tak radziła a ja się Pani słucham.

Ładny widok na budynek w którym jest Pani i moje moto ciuchy.



A tam widać latarnie która jest na dzisiejszej liście miejsc ale to potem się wydarzy.

To małe drzewko rosnące na smaganym wiatrem szczycie mnie zafascynowało. Siła życia.


Do tego mitycznego najbardziej południowego punktu wyspy został mi jeszcze maciupeńki kawałek więc wsiadam na Himka i jadę aż do momentu pojawienia się napisu „Här slutar allmän väg”. Himek mówi że to pewnie ichniejsza klątwa i żebym dalej poszedł sam. Doszedłem ile się dało i wróciłem.






Pojechałem pod latarnie Hoburgs fyr. Bo do latarni też mam słabość.




Powoli czas wracać. No ale najpierw droga.

W lewo czy w prawo ?

Na początek w lewo do rezerwatu.

Pojechałem tyle ile się dało. Niestety znaki oraz pasące się krowy powiedziały nie ! stój ! Dalej musisz pieszo pójść. A mnie się już nie chce za ciepło jest. Latarnia Närsholmen widoczna jako mały punkcik … no cóż popatrzę tylko z daleka.






Jadę więc do Narsham do portu popatrzeć na latarnie z innej strony.




Wracając jeszcze kolacja w miejscowości … no właśnie jaka to była miejscowość ? Coś z Rzymem w nazwie chyba bo tak mi się majaczy 🙂 Knajpa przydrożna, zamówiłem to samo co już kiedyś w innych miejscach bo to to samo mi smakuje.

Dzisiaj czas pożegnać Visby. Farewell. Ale to farewell nie jest smutne, bo w każdej chwili mogę tu wrócić, to zależy ode mnie. A w życiu bywają takie fare na które nie mam wpływu.

Siadam na ławce podziwiając swoje buty i patrząc jak wiatr obraca ryj polityka zawieszony na słupie latarni.



Love. Powszechna w książkach i napisach. Rzadko występuje w naturze.

Czekam na prom do Oskarshamn. Wnętrze statku pochłonie nas wkrótce.


Na pokładzie zjadłem jakiś posiłek z zimnym łososiem, całość w sumie bez smaku ale byłem tak głodny że mi smakowało.

No to see ya Visby, Gotlandio. Fajnie było.

Na pokładzie była ludzka świnia, która pozostawiła odchody swego „psiecka„.


Wieczorem po zakupach sen tylko pozostał. Bo jestem już znów w Oskarshamn. Camping ten sam co ostatnio.

Dzień wstaje deszczowy, mój wyjazd powoli dobiega końca. Sprzątam chatkę i w drogę.


Po drodze w to miejsce w które dziś jadę będzie Olandia. Nie jest w planie ale jadę pod most popodziwiać na ten parking co trzeba. Most Olandzki, 6072 metrów, ponoć najdłuższy w całości szwedzki tego typu most. Łączy wyspę Olandia ze stałym lądem. No i przejechałem się po moście wte i wewte, żeby porównać ze Storebaelt. Mosty też mnie fascynują. Na Olandii odwiedziłem tylko lokalny sklep spożywczy Coop gdzie na ławeczce coś co zakupiłem przekąsiłem. I powrót.





Jest plaża dla „psieck”.


Znajduję ławeczkę medytacyjną na której siadam i patrzę jak mały jacht z niebieskim spinakerem przepływa pod mostem. Płyń mały, płyń, pokonaj dzisiejszą ponurość dnia.


Ostatni nocleg Järnaviks Camping. Okolica tu mocno turystyczna, w sezonie musi być pełna ludzi. Ale jest po sezonie, na campingu mnóstwo ludzi przebranych w pianki, taszczą pod pachami jakieś deski czy coś.










W wynajętej chatce spędzam ostatnią tego lata noc w Szwecji.

Dziś jadę do Karlshamn by przetestować nową linię promową do Polski. (otwarta chyba 6 lipca 2026) Budzę się i widzę, że mam zupełnie niepotrzebny gadżet w kuchni a nie ma czajnika by wodę na kawę przygotować więc spacer do kuchni.


Karlshamn. Parkuje chyba na rynku. W Szwecji są jakieś wybory i twarze kandydatów na darmozjadów szczerzą się z plakatów.





Karlshamn zasadniczo nie różni się od innych szwedzkich miast. Wiadomo, że ludzie tu żyją tylko nie wiadomo gdzie są.























Chwilę jeszcze medytuje by zabić czas do odejścia promu.

Na promie kapitan żartowniś nadaje komunikat że czeka nas sztorm i żeby nie wychodzić na pokład. Sprawdzam rybacką prognozę pogody, trochę przekolorował. Ma to dobrą stronę, nikt mi nie przeszkadza w medytacji na pokładzie i rozważaniach nad sensem istnienia.








Gdańsk o poranku wita słońcem. Teraz już tylko droga do Katowic. Poza jedną krótką ulewą jak byłem 160 km od Kato nic się ciekawego nie zdarzyło.






To nie był długi wyjazd. Ale choć na chwilę udało mi się uciec od siebie.


Zostaw odpowiedź